Kiedy znajomi z Warszawy pytają, co zobaczyć w Bydgoszczy poza Wyspą Młyńską, odpowiadam od lat tak samo: pojedźcie do lasu obejrzeć fabrykę, której oficjalnie nie było. Exploseum robi na przyjezdnych większe wrażenie niż niejedna atrakcja, o której trąbią przewodniki.
Byłam tam w zeszłym miesiącu czwarty raz, tym razem z nastolatką, i wciąż wychodzę z tego miejsca z ciarkami. Opowiadam, co to jest i jak się do tego zabrać.
Fabryka ukryta w lesie
Exploseum to poniemiecka fabryka materiałów wybuchowych DAG, wzniesiona w czasie wojny na obrzeżach miasta, w Puszczy Bydgoskiej. Kompleks projektowano tak, żeby z lotu ptaka nie istniał: budynki rozrzucone wśród drzew, przysypane ziemią, połączone tunelami i estakadami. Pracowali tu robotnicy przymusowi, a skala założenia do dziś robi wrażenie, bo to setki obiektów na ogromnym terenie.
Do zwiedzania udostępniono trasę prowadzącą przez strefę produkcji nitrogliceryny: kilkanaście budynków połączonych podziemnymi korytarzami, z ekspozycją o technologii, ludziach i historii koncernu.
To dziś oddział Muzeum Okręgowego, więc wszystko jest ucywilizowane: bilety, godziny otwarcia, opisy. Ale sama przestrzeń zachowała surowość, beton, rdzę i echo kroków w tunelach. Żadna makieta tego nie odda.
Jak wygląda zwiedzanie od środka
Trasa prowadzi przez korytarze i hale w rytmie, który sam narzuca skupienie: wchodzi się w tunel, światło zostaje za plecami, a przed tobą kolejny budynek i kolejny etap produkcji, od kwasu po gotowy ładunek. Ekspozycja tłumaczy chemię na tyle prosto, że zrozumie ją gimnazjalista, a jednocześnie nie robi z fabryki parku rozrywki: sekcje o robotnikach przymusowych i o codziennym ryzyku wybuchu zostają w głowie na długo.
Moja nastolatka, zawodowo znudzona muzeami, tutaj pierwszy raz sama czytała plansze.
Na spokojne przejście licz dwie godziny, z audioprzewodnikiem albo przewodnikiem na żywo lepiej niż bez, bo miejsce nabiera sensu dopiero z opowieścią. Zimą i wiosną bywa chłodno, w tunelach temperatura trzyma się nisko niezależnie od pogody, więc nawet w lipcu zabierz coś z rękawem. Buty: sportowe, podłoża są nierówne.
Dojazd i logistyka bez samochodu i z samochodem
Kompleks leży na południowych obrzeżach miasta, w lesie za dzielnicą przemysłową. Autem z centrum to około dwudziestu minut i parking pod bramą, nawigacja prowadzi bezbłędnie po wpisaniu nazwy muzeum.
Bez auta też się da: da się dojechać komunikacją miejską w okolice i dojść kawałek leśną drogą, a część osób robi z tego wyprawę rowerową, bo przez Puszczę Bydgoską prowadzą wygodne trasy. Rower zresztą pasuje do tego miejsca: po zwiedzaniu można pojechać dalej w las, zamiast wracać od razu do miasta.
Bilety kupisz na miejscu i online, ceny są muzealne, czyli przyjazne. Sprawdź tylko przed wyjazdem dni i godziny otwarcia oraz dostępność wejść, bo ruch bywa regulowany, a w sezonie grupy potrafią zająć przedpołudnie. Poniedziałki, jak w większości muzeów, bywają wyłączone.
Dla kogo to jest, a dla kogo nie
Exploseum poleciłabym każdemu, kto lubi historię dotykalną: nie gabloty, tylko przestrzeń, w której coś się działo. Świetnie działa na młodzież od jakichś dziesięciu lat wzwyż, na fanów militariów i techniki, na fotografów, bo światło w tunelach i faktury betonu to gotowe kadry.
Komu odradzam? Osobom z klaustrofobią, bo tunele są długie i niskie. Rodzicom z wózkiem i maluchami: to nie jest trasa na kółka, a treść ekspozycji bywa ciężka. I zmarzluchom w kiepskiej kurtce.
Jest jeszcze jeden typ zwiedzającego, który wychodzi stąd poruszony bardziej, niż się spodziewał: ludzie, których rodziny pamiętają wojnę w tym regionie. Kilka razy widziałam, jak ktoś zatrzymuje się przy planszach z listami pracowników na dłużej. To miejsce pamięci, nie tylko atrakcja, i taką równowagę udało się muzeum utrzymać.
Jak spiąć to w jeden dzień z resztą miasta
Mój sprawdzony plan na gości spoza miasta wygląda tak: przedpołudnie w Exploseum, na spokojnie, bez zerkania na zegarek. Powrót do centrum na późny obiad, najlepiej gdzieś nad Brdą, po dwóch godzinach w betonowych tunelach widok wody działa jak reset.
Po południu kontrast: Wyspa Młyńska, spacer bulwarami, może rejs po rzece, jeśli sezon. Wieczorem stare miasto i deser.
Ta kolejność ma sens psychologiczny: Exploseum zostawia człowieka z ciężarem, któremu trzeba dać wybrzmieć, a miasto nad wodą robi to lepiej niż kolejne muzeum. Goście, których tak oprowadzam, wyjeżdżają z przekonaniem, że Bydgoszcz ma dwie twarze: jasną nadrzeczną i tę ukrytą w lesie. I że obie trzeba zobaczyć, żeby zrozumieć to miasto.






