Jem obiad na mieście trzy, czasem cztery razy w tygodniu, prawie zawsze między dwunastą a czternastą i prawie nigdy w okolicy Starego Rynku. Nie dlatego, że tam źle karmią, tylko dlatego, że za ten sam talerz płacę o kilkanaście złotych więcej. Poniżej dzielnice, widełki cenowe, godziny wydawania dań dnia i pięć rzeczy, które sprawdzam, zanim zdejmę kurtkę.
Fordon, Bartodzieje, Wyżyny: danie dnia za 25–38 zł
Najlepszy stosunek ceny do jedzenia znajduję w jadłodajniach przy osiedlach: Fordon, Bartodzieje, Wyżyny, Kapuściska. Schemat jest wszędzie ten sam. Danie dnia to zupa i drugie za 25–38 zł, kompot dopłata 5–7 zł, karta zmienia się codziennie i wisi na tablicy przy wejściu, zwykle pisana ręcznie. Kuchnia startuje o jedenastej, a około czternastej trzydzieści znikają dwie najlepsze pozycje, bo tam nie gotuje się na zapas.
Jeżdżę po konkretne rzeczy: schabowy z ziemniakami, gołąbki, pomidorowa na wywarze, w czwartek placki albo naleśniki. Karta ma sześć, osiem pozycji i to jest zaleta, nie ubóstwo. Lokal z czterdziestoma daniami o dwunastej w środku tygodnia albo ma zamrażarkę wielkości szafy, albo wyrzuca połowę produktów. Płatność kartą jest już standardem, ale w najmniejszych jadłodajniach terminal nadal potrafi paść, więc trzydzieści złotych gotówką w kieszeni oszczędza wycieczkę do bankomatu przez pół osiedla.
Bary mleczne i stołówki: zupa za 10 zł, drugie do 28 zł
Drugi trop to bary mleczne i stołówki pracownicze. Zostało ich w Bydgoszczy mniej niż dekadę temu, ale nadal działają, głównie w Śródmieściu i na Szwederowie. Ceny są tu najniższe w mieście: zupa 9–13 zł, drugie danie 18–28 zł, pierogi na porcję 22–30 zł, kompot albo kefir 5–7 zł. Cały obiad zamykam w trzydziestu złotych i wychodzę najedzona.
Trzeba wiedzieć, na co się piszesz. Zamawia się przy kasie, tacę nosisz sam, stolik dzielisz z kimś obcym, a szczyt między dwunastą trzydzieści a trzynastą trzydzieści to pięć minut w kolejce. W zamian dostajesz jedzenie gotowane tego dnia i rachunek, którego nie sprawdzasz dwa razy. Godziny są krótkie: od dziewiątej lub dziesiątej do siedemnastej, w sobotę do piętnastej, w niedzielę zamknięte. Jeśli szukasz obiadu, po którym zostaje ci w portfelu na kawę, zaczynaj właśnie tutaj, a nie od list w internecie.
Śródmieście, Wyspa Młyńska, Brda: kiedy dopłacasz za widok
Lokale przy Starym Rynku, na Wyspie Młyńskiej i wzdłuż Brdy grają w innej lidze cenowej. Ta sama pierś kurczaka z warzywami kosztuje tu 45–70 zł, a zestaw lunchowy w dni robocze między dwunastą a szesnastą to 39–59 zł za zupę i drugie. Dopłacasz za taras z wodą w tle, obrus, kelnera przy stoliku i za to, że w niedzielę o czternastej też dostaniesz ciepły obiad.
Nie odradzam tych miejsc, radzę tylko wybierać powód. Na spotkanie z klientem, na urodziny teściowej, na obiad z gościem, któremu chcę pokazać miasto, jadę do Śródmieścia i płacę tę różnicę bez żalu. Na zwykły wtorek między dwoma zadaniami to strata pieniędzy. Jedna uwaga praktyczna: zestaw lunchowy kończy się w tych restauracjach punktualnie, najczęściej o szesnastej, i po tej godzinie ta sama karta kosztuje o trzydzieści do czterdziestu procent więcej. Kelner nie zawsze uprzedza, a rachunek przychodzi na końcu.
Dzielnica, typ lokalu, widełki i godziny
| Rejon | Typ lokalu | Widełki za obiad | Godziny | Kiedy tam jadę |
|---|---|---|---|---|
| Fordon, Bartodzieje | Jadłodajnia, dania dnia | 25–38 zł | 11.00–15.30 | W tygodniu, przed 14.00 |
| Wyżyny, Kapuściska | Jadłodajnia przy osiedlu | 25–35 zł | 11.00–16.00 | Gdy wracam potem do pracy |
| Śródmieście | Bar mleczny, stołówka | 20–30 zł | 9.00–17.00 | Gdy liczę każdą złotówkę |
| Szwederowo, Wilczak | Mała restauracja rodzinna | 32–48 zł | 12.00–20.00 | Na spokojny obiad z rodziną |
| Stary Rynek, Wyspa Młyńska | Restauracja z tarasem | 45–70 zł | 12.00–22.00 | Na spotkanie i na gościa z zewnątrz |
| Okolice dworca i Gdańska | Kuchnie zagraniczne | 30–45 zł | 11.00–21.00 | Gdy mam ochotę na coś innego |
Widełki wpisałam z rachunków z ostatniego kwartału, nie z cenników w internecie, bo te bywają nieaktualne o rok. Proporcje między dzielnicami trzymają się od dawna: im bliżej wody i turysty, tym wyżej rachunek, i nie ma to wiele wspólnego z poziomem kuchni. Najlepszy rosół, jaki jadłam w tym mieście, kosztował dwanaście złotych w lokalu z ośmioma stolikami i linoleum na podłodze.
Z tabeli wychodzi jeszcze jedna rzecz: godziny. Poza Śródmieściem obiad na mieście to sprawa do piętnastej, szesnastej. O osiemnastej w Fordonie zostaje ci pizza albo kebab i nie ma w tym nic złego, tylko trzeba to wiedzieć przed wyjściem z domu. Dlatego dobre restauracje Bydgoszczy dzielę sobie nie na lepsze i gorsze, a na te, do których zdążę, i te, które są otwarte, kiedy kończę pracę.
Pięć rzeczy, które sprawdzam, zanim usiądę
Pierwsza: liczba pozycji w karcie. Do dwunastu dań przy jednym kucharzu to dobry znak, czterdzieści oznacza mrożonki. Druga: kto siedzi w środku o wpół do pierwszej. Jeśli to ludzie w kamizelkach roboczych i pracownicy z okolicznych biur, jedzenie jest świeże i tanie, bo ci klienci wracają codziennie i wybaczają najmniej.
Trzecia: opinie z ostatnich trzech miesięcy, nie ocena ogólna. Lokal z notą 4,8 sprzed dwóch lat i trzema wpisami z tego roku zwykle zmienił kucharza. Czwarta: czy dania dnia są wypisane ręcznie i czy data jest dzisiejsza. Wydrukowana, zalaminowana lista dań dnia to sprzeczność sama w sobie. Piąta: zapach przy wejściu. Kapusta, wywar i smażona cebula to dobry początek, chemia do podłóg o dwunastej w południe mówi, że mieli pusto od rana.
Rezerwacji na obiad w tygodniu nie potrzebujesz nigdzie w tym mieście. Piątkowy wieczór w Śródmieściu to inna historia i tam dzwonię dwa, trzy dni wcześniej.







